Płaszczkostopie

IMG_7081

Na Malediwach prawie wszędzie chodzi się boso i często wchodzi się do wody. W związku z tym więcej uwagi zwraca się na własne stopy. I tak oto, kiedy pewnego wieczoru weszłam do oceanu, przypadkiem odkryłam, że mam poważne i nieuleczalne…  płaszczkostopie! ;) Jak to się objawia?

Do najczęstszych objawów, występujących prawie u każdego, należą:
Płaski obiekt na stopach, pojawiający się zwykle wieczorami podczas brodzenia w płytkiej wodzie. Obiekt ten może się pojawiać nagle i bez ostrzeżenia, a dodatkowo ochlapać wodą. U jednych ludzi może to powodować stres, zaś u innych natychmiastowe zauroczenie (zdecydowanie jestem w tej drugiej grupie!). Najlepiej zjawisko to wytłumaczy poniższe zdjęcie :).

Zalecane leczenie:
Niemożliwe jest całkowite wyleczenie, można jedynie zwalczyć objawy. W tym celu najłatwiej jest obiekt nakarmić surową rybą, wtedy objawy znikają na ok. 24 godziny, ale można się spodziewać ciągłych nawrotów przypadłości…

IMG_7069

Jakby ktoś jeszcze się nie zorientował, to piszę tu o karmieniu płaszczek, które należy do standardowych zajęć biologów morza na wyspie, na której mieszkałam i pracowałam. Codziennie wieczorem jeden z biologów przynosi wiaderko świeżych ryb na plażę, gdzie płaszczki już czekają ustawione w kolejce wzdłuż brzegu. Czasem jest ich 5, czasem 14, zwykle koło 7-8… i wszystkie oczekują codziennej porcji przysmaków. Każdy kto pojawi się wieczorem na plaży, może spróbować osobiście nakarmić płaszczki, które dosłownie jedzą z ręki. Niektórzy mogą też spróbować później pływania wśród tych niesamowitych zwierząt.

IMG_3270

Na tej wyspie karmi się płaszczki już od prawie 20 lat. A jak to się zaczęło? Zanim jeszcze na tej wyspie marzeń powstał luksusowy resort, mieścił się tam ośrodek dla turystów zainteresowanych raczej tanim podróżowaniem z plecakami i namiotami. Ośrodek ten oferował m.in. wycieczki na ryby. Jak wiedzą zarówno wędkarze, jak i oceanografowie po zajęciach z ichtiologii, ryba dopuszczona do “obrotu”, to ryba wypatroszona. A ponieważ w wysokiej temperaturze ryba pachnie jeszcze RYBArdziej ;), wielu… patroszących… (patryszaków? patryzantów? :) ) wyrzucało resztki do wody. Te części ryb, które dla nas nie wydają się atrakcyjne, przypadły do gustu lokalnej populacji płaszczek, a dokładniej ogończy. I tak oto płaszczki nauczyły się, że ludzie nie są tacy straszni, a czasem nawet rzucą coś smacznego “na ząb”. Po latach ośrodek na wyspie został przekształcony w luksusowy resort, a przyjazne ludziom płaszczki jak były, tak są i co wieczór przypływają po deser.

Można dyskutować czy takie karmienie nie jest przypadkiem zbytnim ingerowaniem w przyrodę, bo przecież wydaje się, że najlepiej jest zostawić te wszystkie zwierzęta w spokoju i nie przyzwyczajać ich do obecności człowieka. Jednak te płaszczki już dawno przyzwyczaiły się do ludzi i pomimo prób zaprzestania karmienia, codziennie wracają na tę samą plażę w oczekiwaniu na jedzenie, stając się lokalną atrakcją turystyczną. Dlatego uważam, że w tym przypadku ich dokarmianie to znacznie lepsza opcja niż trzymanie na przykład w akwarium – taki kompromis między chęcią człowieka na oglądanie “potworów” a potrzebami zwierząt. Co więcej, nad całym przedsięwzięciem czuwają biolodzy, żeby właśnie nie “przedobrzyć” z ilością pożywienia i aby nie karmić młodych płaszczek, które najpierw powinny się nauczyć  samodzielnie polować. W dodatku, biolodzy mogą zadbać o to, aby karmienie było bezpieczne zarówno dla płaszczek jak i dla ludzi oraz żeby nikt nie zaczął karmić innych zwierząt.

IMG_7083

Co mi osobiście najbardziej podobało się w tym dokarmianiu płaszczek, to sam proces oswajania ludzi z tymi niesamowitymi zwierzętami. Większość moich gości na początku bała się tych stworzeń, bo “są takie duże” (mają nawet prawie 2 m szerokości i nawet ponad 5m długości), bo “na pewno chcą ugryźć”, bo “już czekają żeby wbić swój kolec jadowy w pierwszego nadchodzącego kandydata”, bo “przecież ten słynny pogromca krokodyli (Steve Irwin) nie przetrwał spotkania z płaszczką…”. Potem jednak z uwagą słuchali moich objaśnień i obserwowali demonstrację bezpiecznego karmienia. W tym celu wchodziłam do wody, gdzie czekały już na mnie płaszczki. Goście widzieli jak jadły mi z ręki i pływały wokół zdecydowanie bardziej przejęte jedzeniem niż moją obecnością, a gdy im pozwalam, to wpływały mi nawet na plecy. Tłumaczyłam, że karmienie płaszczki to prawie jak karmienie konia, bo jak nie włożysz palców do jej paszczy, to nie ma możliwości Cię ugryźć. Pokazywałam też dość ostry ogon oraz gdzie znajduje się kolec jadowy, na który trzeba uważać. W momencie, gdy każdy już wiedział jak bezpiecznie obchodzić się z płaszczką, pojawiali się pierwsi śmiałkowie (o dziwo ochotnicy :) ), którzy obiecywali, że “tylko spróbują dotknąć, ale nie będą karmić”. Jednak gdy już ktoś się przełamał i podszedł bliżej dotknąć “potwora”, szybko odkrywał, że ten nie był zainteresowany pożeraniem przechodniów, a jedynie tego, co przynieśli z kuchni. Po tym odkryciu zwykle następowało oswojenie się z płaszczakami i w końcu na twarzach (nie tylko płaszczek :) ) pojawiały się uśmiechy. Widziałam już nie tyle ostrożnych obserwatorów, co osoby zafascynowane światem zwierząt. To wtedy właśnie dostawałam najwięcej pytań o zwyczaje płaszczek, ich biologię i ochronę, a także o inne zwierzęta na rafie.

plaszczka_i_ja

Fot: N. Herz

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *