Zero stopni w parku

Ostatnio opowiedziałam o moim zwiedzaniu londyńskich muzeów. Dziś czas na opowieść o dalszej części wycieczki po Londynie – tej znacznie bardziej aktywnej, mniej zaplanowanej i, jak się okazało, o wiele ciekawszej.

DSC_0334

Zaczęłam od Big Bena, gdzie dojechałam metrem (nie żeby było aż tak daleko, ale zależało mi na czasie). Byłam tam już nie raz, ale nigdy wcześniej nie uwieczniłam tego na fotografii. Jak zawsze było dość tłoczno, bo każdy turysta musi przecież mieć zdjęcie z wieżą… Ale czy naprawdę tak wygodnie robi się je iPadem? ;) W końcu, pomimo tłumów miłośników selfie, udało mi się znaleźć miejsce, w którym nikt nie “wlazł mi w kadr”… a w zasadzie mojemu fotografowi, bo ja mam za krótkie ręce na selfie, a ze stickiem nie wpuściliby mnie do samolotu ;).

Spod Big Bena, podążając najbardziej standardowym szlakiem londyńskich wycieczek, trafiłam pod Tower Bridge. Nie było jeszcze piątej, więc jeszcze nie był czas na herbatę, ale byłam już dość zmęczona hałasem i atmosferą w metrze (niską zawartością tlenu w powietrzu), więc musiałam się wybudzić za pomocą kawy. Całe szczęście w pobliżu była niezawodna Costa z orzechowym latte, które postawiło mnie na nogi. :)

DSC_0367

Po krótkim odpoczynku ruszyłam dalej. Jednak nie chciałam już więcej jeździć metrem, bo jak na wycieczkę objazdową, to trochę mało widać przez okno ;). Poza tym, podczas takiej przejażdżki, ciągle włączał mi się “tryb oszczędzania energii”, przez co mało kojarzyłam, co się działo naokoło. Postanowiłam więc pozwiedzać Londyn inaczej, bardziej w moim stylu, czyli oczywiście… statkiem!  Z przystani koło Tower Bridge jest świetne połączenie do Greenwich, które też zawsze chciałam odwiedzić. Za to sama wycieczka statkiem po Tamizie pozwoliła mi zobaczyć Londyn z nieco innej perspektywy i uświadomić sobie, że to miasto portowe.

Jeszcze zanim wybrałam się do Londynu, sprawdziłam w Internecie, co takiego można zobaczyć w Greenwich. Rzucił mi się w oczy zabytkowy statek Cutty Sark. Gdy ujrzałam go na fotografii w sieci, bardzo mnie zdziwiło, że ktoś postawił taki ogromny żaglowiec pomiędzy budynkami w środku miasta. Jednak gdy dopłynęłam na miejsce tramwajem wodnym, szybko zorientowałam się, że ten statek tak naprawdę stoi tuż obok Tamizy (także wcale go tak daleko nie targali ;) ). No więc zrobiłam sobie zdjęcie z żaglowcem w środku miasta i teraz będzie to dziwić innych. A co będę sobie żałować! :)

DSC_0435

Dlaczego w ogóle chciałam zobaczyć Greenwich? Chyba każdy z nas uczył się kiedyś na geografii o południku zerowym, który przechodzi przez obserwatorium astronomiczne znajdujące się w parku w tej dzielnicy. Za dziecka widziałam wielokrotnie w telewizji ludzi robiących sobie zdjęcia stojąc jedną nogą na półkuli wschodniej, a drugą na zachodniej. Teraz wreszcie była szansa, żebym i ja stanęła na obu półkulach jednocześnie :).

DSC_0502

Południk o którym się uczyłam, który chciałam zobaczyć i który na co dzień odwiedzają tysiące turystów to Południk Greenwich. Faktycznie przechodzi on przez obserwatorium, a także przez cały jego dziedziniec. Na ładnie wybrukowanym placu widać ładną, podświetlaną linię. Miejsce wręcz idealne do zdjęć… Jest tylko jeden problem – dziedziniec ten jest ogrodzony i aby się tam dostać, należy całkiem sporo zapłacić… Jednak jest też i wersja ekonomiczna, którą stworzono chyba trochę pod międzynarodowym naciskiem zorganizowanych grup turystycznych. Poniżej dziedzińca, w ogólnodostępną ścianę, wmurowano starą tablicę z kreską i to własnie przy niej stoję na zdjęciu powyżej. Może nie wygląda imponująco, ale przynajmniej jest za darmo :). Zwłaszcza, ze Południk Greenwich nie jest wcale południkiem zerowym :).

Owszem, był używany jako południk zerowy ale dopiero od 1884 roku i tylko przez następnych 100 lat. Wcześniej znacznie dłużej używano innego południka, który przechodził przez dzisiejsze Wyspy Kanaryjskie. Za to obecny południk zerowy znajduje się również w parku w Greenwich, jednak około 100m od słynnej linii na dziedzińcu obserwatorium oraz wspomnianej wcześniej tablicy z kreską. Tam też pokazuje go GPS. Skąd więc to przesunięcie? Otóż od 1984 roku w obliczeniach kartograficznych stosuje się dokładniejszy model Ziemi (WGS 84), a to spowodowało nieznaczne przesunięcie wszystkich południków. Czemu jednak nie oznaczono nowej lokalizacji południka zerowego w parku, skoro to tylko 100m różnicy? Prawdopodobnie dlatego, że byłoby mniej chętnych na odpłatne zwiedzanie dziedzińca obserwatorium :).

DSC_0523

Obserwatorium znajduje się na pagórku, więc w dzień jest stamtąd całkiem dobry widok na Londyn. Jednak podobno najlepiej wybrać się tam w nocy i zgodnie z przeznaczeniem budynku, obserwować niebo :). Można wtedy poza gwiazdami zobaczyć wiązkę zielonego lasera, który pokazuje na niebie linię Południka Greenwich. Niestety, tym razem nie miałam takiej możliwości.

Nieopodal obserwatorium znajduje się Narodowe Muzeum Morskie. Nie miałam już czasu na jego zwiedzanie, ale przechodząc obok zauważyłam… największy na świecie statek w butelce! Jest to replika HMS Victory (popularnie zwanego Statkiem Nelsona), czyli jednego z najsłynniejszych statków w historii Wielkiej Brytanii. Prawdziwy statek stoi za to w zabytkowych dokach w Portsmouth i też mam zamiar go wkrótce zobaczyć.  Z kolei pomnik admirała Nelsona można zobaczyć w Londynie na Trafalgar Square (tylko stoi sobie na wysokiej kolumnie, więc jest trochę “nie na moim poziomie” :) ).

DSC_0476

Będąc w Greenwich warto też odwiedzić lokalny jarmark. Można tam znaleźć wszystko zaczynając od kolekcjonerskich figurek, poprzez dzieła lokalnej sztuki, a kończąc na tak niezbędnych artykułach jak klapki wyściełane trawą :) (idealne dla tych, którzy lubią chodzić boso po mieście :) ).

IMG_1088

Mi za to udało się wyszukać elementy związane z biologią morza (i nie chodzi o smażoną rybę z frytkami ;) ). Na jednym ze straganów sprzedawano rozmaite pieczątki, a wśród nich były takie z niesamowitymi morskimi stworzeniami. Przyznam, że wyzwaniem było nie kupić wszystkich, a jedynie zdecydować się na te “naj”. W końcu, po długim namyśle i przeliczeniu pozostałych pieniędzy w portfelu (jak to dobrze, że nie akceptowali kart :) ), zadowolona odeszłam z wielorybem i rekinem w kieszeni.

IMG_1098

Greenwich podoba mi się znacznie bardziej od centrum Londynu. I chociaż turystów nie brakuje, to panuje tam zupełnie inna, nieco “małomiasteczkowa” atmosfera. Życie płynie nieco spokojniej i ciszej, nie ma ciągłego tłoku i pośpiechu. Dlatego prawdopodobnie odwiedzę jeszcze to miejsce choćby po to, aby pójść do kolejnego muzeum. Może wreszcie wyjdę w pełni zadowolona? :)

Share

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *